Zniszczyłem nasz związek

Moja historia jest chyba trochę nietypowa, ponieważ , jak zdążyłem się zorientować, dotyczy w znaczącej większości kobiet i raczej do nich odnoszą się wszelkie poradniki, książki i pomoc terapeutyczna.
Poczytałem trochę materiałów na temat problemu „kochania za bardzo”, „uzależnienia od miłości”, „uzależnienia od bliskiej osoby”, „toksycznych zachowań w związku” i wydaje mi się, że mój problem mieści się również w tym kręgu.

Mam 34 lata, jeszcze do niedawna prowadziłem w miarę normalne życie, od blisko 8 lat byłem w związku z kobietą, którą kocham i zupełnie nie miałem pojęcia o sprawach i problemach, które poruszyłem w poprzednim zdaniu. Miesiąc temu moja partnerka postanowiła nagle zakończyć nasz związek i rozstać się ze mną. Głównymi powodami, jakie podała, był fakt, że nie mogła już dłużej ze mną wytrzymać, nie widziała szansy poprawy naszego związku. Jeśli chodzi o moje wady, które skutecznie odebrały jej chęć do budowania wspólnej przyszłości wymieniła między innymi: moją nadmierną zazdrość, często zupełnie bezpodstawną, która przybierała różne fatalne formy; także zaborczość i próby manipulowania nią (chociaż z tymi zarzutami trudno mi się zgodzić). Kolejne powody to częste kłótnie, nadmierne wybuchy złości i gniewu z mojej strony.

Nasz związek był raczej burzliwy, wiele było powodów, które przez okres jego trwania sprawiały nam problemy i były źródłem kłótni. Na początku chodziło między innymi o brak zaufania ze strony partnerki, związany z jej „trudnym” poprzednim związkiem z mężczyzną. Ponadto, moja partnerka pochodzi z rodziny, w której rodzice rozstali się kiedy miała 9 lat.

Dla mnie ten związek był od samego początku czymś wspaniałym, kobieta z którą się związałem była kimś, kto wydawał mi się (i dalej tak jest) kimś naprawdę wyjątkowym i dobrym. Miałem kilka niedługich i niezbyt poważnych związków z kobietami, żaden z nich nie trwał dłużej niż 3 miesiące. Generalnie, w okresie studenckim nie miałem żadnego problemu z nawiązywaniem kontaktu z płcią przeciwną, miałem bardzo wiele koleżanek i łatwość poznawania nowych osób. Żaden z tych poprzednich związków nie był związkiem o wielkim natężeniu uczuć. Dopiero ten ostatni związek zmienił wszystko w moim życiu, wyobrażenie o miłości, uczuciach, także o seksie, o byciu z kimś i planowaniu z nim wspólnej przyszłości. Zanim stworzyliśmy związek, przyjaźniliśmy się przez blisko 2 lata, a później zostaliśmy parą. Wiedziałem od początku, że moja ukochana jest w pewnym sensie „trudną osobą” z racji jej problemów osobistych i rodzinnych, nerwic tym spowodowanych i trudnym poprzednim związkiem. Przez kilka lat to była osoba o bardzo kruchej osobowości, która potrzebowała wiele ciepła i miłości, także wiele cierpliwości i spokoju, a jednocześnie o nieustępliwym i trudnym charakterze. Starałem się najlepiej jak mogłem w tym związku, dać jej to wszystko czego potrzebowała, obdarzyć ją miłością i stworzyć zdrowy związek.
Być może wtedy też wykształcił się we mnie jakiś mechanizm, który sprawiał, że chciałem jej we wszystkim pomagać, ułatwiać życie, sprawiać, żeby miała mniej problemów, bo życie jej przez te lata nie oszczędzało. Po pewnym czasie też bardzo mocno ograniczyłem swoje kontakty ze znajomymi, zwłaszcza z kobietami. Tak na dobrą sprawę to zostawiłem sobie tylko kilka naprawdę sprawdzonych osób, z którymi miałem bliższy kontakt. Poczułem też, że jest to osoba, z którą chciałbym spędzić resztę życia, ona również, więc zaczęliśmy nieśmiało wybiegać w przyszłość. Jednak po pewnym czasie nasza sytuacja w związku się zmieniła, ja straciłem pewność siebie, zacząłem być coraz bardziej zazdrosny, dostrzegałem coraz więcej problemów, byłem często nerwowy z tego powodu, chociaż ona zawsze mnie wspierała, powtarzała, że mnie kocha, i że tylko ja się liczę. Ona w tym czasie pozbyła się wielu swoich problemów, nabrała pewności siebie, wiary we własne możliwości (nad czym pracowałem od początku, bo to osoba o niebywałym potencjale), zaczęła odnosić pierwsze sukcesy na polu zawodowym, potem kolejne, coraz większe. Można powiedzieć, że jej życie się unormowało i wyszła na prostą po kilku trudnych latach. I właśnie w tym momencie rozstała się ze mną.

Wraz z upływem czasu i po kolejnych latach związku czułem jak bardzo mi na niej zależy, jak wiele dla mnie znaczy i jaka jest ważna. Nie wyobrażałem sobie życia bez niej i jakiejkolwiek przyszłości, w której jej by nie było. Kolejne decyzje podejmowałem z myślą o wspólnej przyszłości, bo wszystko zapowiadało, że tak właśnie będzie. Nie zauważyłem momentu, w którym stała się dla mnie znacznie ważniejsza ode mnie, kiedy zacząłem żyć jej problemami, sukcesami – jej i naszymi. Być może wtedy poczuła się w pewien sposób osaczona, przytłoczona, w momencie kiedy potrzebowała więcej spokoju i oddechu ja narzucałem się i zabierałem jej przestrzeń.
Dopiero teraz to wszystko zauważam i widzę  ile rzeczy było nie tak, zrozumiałem swoje błędy i nadużycia, swoje toksyczne  podejście do związku i czuję się trochę oszukany, że stało się to dopiero teraz, kiedy już nie jesteśmy razem, kiedy nie mam szans na odzyskanie tej miłości. Mam poczucie, że byłem ślepy i nie widziałem tylu ewidentnych oznak, nie słuchałem, kiedy mówiła mi, że niszczę ten związek…
Podobno lepiej późno niż wcale, ale trudno uniknąć myśli, że gdyby to się stało wcześniej, to życie mogłoby wyglądać inaczej, mógłbym dalej być z osobą, którą kocham. A tak musiałem przeżyć chyba najgorszy okres w moim życiu od momentu rozstania, przyjąć uderzenie, na które nie byłem przygotowany i na które nie wiedziałem jak zareagować i jak sobie z nim poradzić. Może nie będę wchodził w szczegóły tego, jak się czułem/czuję przez te ostanie miesiące, ale nigdy wcześniej nic nie sprawiło, że czułem się tak strasznie. Od razu zaznaczę, że nie miałem żadnych myśli samobójczych ani nic podobnego. Chociaż straciłem w pewnym momencie ochotę do życia, do jakichkolwiek działań, aktywności, pracy; to „na siłę” zacząłem się spotykać ze znajomymi, uprawiać sporty, bo inaczej bym chyba zwariował. Zdarzały mi się „ataki depresji”, kiedy nie potrafiłem opanować płaczu, a właściwie szlochania, trząsłem się cały i nie potrafiłem zupełnie nic zrobić, leżałem w łóżku.

Przez ten czas spotkałem się z nią kilka razy, chciałem z nią porozmawiać, prosić o jakąś szansę, o to, żeby wróciła. Ostatnie nasze spotkanie skończyło się kolejną kłótnią, którą wywołałem, nie potrafiąc się pogodzić z tym co się stało i w jaki sposób mnie traktuje. Także nasza ostatnia rozmowa telefoniczna była tragiczna z mojego powodu, zupełnie puściły mi nerwy, powiedziałem wiele przykrych rzeczy i bardzo ją zraniłem. Teraz tego żałuję i mam do siebie ogromny żal, że mogłem tak potraktować osobę, którą kocham. Od tego czasu jeszcze bardziej zacząłem analizować to co się stało, przyczyny takiego stanu rzeczy i takich zachowań, których się wstydzę i nie wiem jak mogłem się w taki sposób zachowywać. To właśnie wtedy przeczytałem kilka książek dotyczących tego problemu. I pomyślałem, że być może ten problem dotyczy także mnie, a jeśli tak jest, to chciałbym jakoś temu zaradzić i wyjść z tego.

Chciałem napisać o swoim problemie i poprosić ją o jakieś rady. Wydaje mi się, że może mnie dotyczyć problem nałogowej miłości lub jakiś pokrewny, ale nie wiem czy faktycznie tak jest, może problem tkwi gdzie indziej? Piszecie na stronie internetowej, że czasem warto zrobić taki pierwszy krok i spróbować zasięgnąć fachowej opinii, która pozwoli zaplanować dalsze kroki. Nie ukrywam, że ten słowotok nie był zamierzony, bo chciałem w kilku zdaniach streścić swój problem i poprosić o pomoc co dalej ma ze sobą robić. Proszę poświęcić chwilę na zapoznanie się z moim problemem i proszę o sugestie odnośnie problemu i ewentualnych dalszych kroków. Każda wskazówka będzie dla mnie cenna.
Paweł

Od redakcji

Z ogromną uwagą czytam Pana list i ogromnie cieszę się, że zdecydował się Pan do nas napisać. Rozumiem niepewność – czy to dla mnie? czy znajdę tu pomoc, skoro jestem mężczyzną? Rzeczywiście wiele mówi się o syndromie „kochania za bardzo” w kontekście kobiet. Nie jest jednak prawdą to, że syndrom ten dotyczy tylko ich. Mężczyźni częściej niż kobiety nie chcą rozmawiać o swoich nieprzyjemnych doświadczeniach, nie chcą mówić o tym, że mają jakieś trudności – istnieje bowiem stereotyp, który głosi, że to niemęskie przyznawać się do słabości. Stąd powszechna opinia, że trudność ta dotyczy jedynie kobiet. Jednak częste pozostawanie samemu ze swoimi trudnymi uczuciami, niewyrażanie ich, tłumienie, może spowodować, że wybuchną z ogromną siłą albo ukażą się w postaci innych, zupełnie niespodziewanych trudności, np. depresji albo bólów głowy, czy kłopotów trawiennych. Dlatego tym bardziej cieszy mnie to, że zdecydował się Pan szukać pomocy i wsparcia dla siebie. Może to być pierwszy krok ku temu, by sobie pomóc.

 

Kiedy czytam Pana list, widzę w nim wiele żalu, smutku spowodowanego sytuacją, w jakiej się Pan znalazł. To naturalne, bowiem nie minęło zbyt wiele czasu od rozstania. Moment, gdy rozchodzą się drogi dwóch bliskich sobie osób, może być niezwykle trudny i bolesny. Zwłaszcza wtedy, gdy planowaliśmy spędzenie z tą drugą osobą reszty życia i dotychczasowy stan rzeczy wskazywał na to, że te plany zostaną zrealizowane. Te uczucia są więc naturalne. Myślę, że czasem warto pozwolić sobie na łzy, zamiast tłumić smutek w sobie.

Z tego, co zrozumiałam, zdarzało się Panu, jeszcze niedawno, smutek i żal przekształcać w złość i wyrażać w formie agresji, która nie jest konstruktywną metodą na radzenie sobie z trudnościami, bowiem rani drugą osobę. Smutku, czy złości nie jesteśmy w stanie kontrolować, to uczucia, które pojawiają się automatycznie albo które sami wywołujemy (np. wspominając coś nieprzyjemnego). To, co od nas zależy, to sposób, w jaki je wyrazimy, jak sobie z nimi poradzimy. Myślę, że na smutek warto sobie pozwalać – tak, jak ostatnio Pan to robił – nie tylko w samotności, ale też w obecności innych osób. Wyrażenie smutku nikogo nie rani, a Panu może przynieść ulgę w cierpieniu.

Widzę też w opisie Pana doświadczeń silną złość na samego siebie, ogromne poczucie winy. Obwinia Pan siebie o to, że tak potoczyły się losy Pana związku. Twierdzi Pan, że mogło być inaczej i, że to wyłącznie Pana wina. Nie jestem w stanie tego ocenić i też nie taka jest moja rola. Uważam jednak, że Pana aktualna wiedza i świadomość dotyczące tego wszystkiego, co wydarzyło się niepotrzebnie – agresja, awantury, nadmierna, bezpodstawna zazdrość – może pomóc Panu w przyszłości. To bardzo ważne, że widzi Pan to, jak stopniowo Pana życie i obszar zainteresowań zawężały się do obszaru związanego z Pana partnerką. W związku warto zachować równowagę między tym, co moje, twoje i nasze. Moim zdaniem związek ma szansę powodzenia wtedy, gdy pozwalamy sobie i tej drugiej osobie na bycie odrębnymi istotami, na własne zainteresowania, część przyjaciół na własność.

 

Teraz proszę pozwolić sobie na przeżycie żalu po stracie, który, jak już pisałam, jest naturalny w sytuacji, której Pan doświadcza, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, że nie spodziewał się Pan rozstania. Myślę jednak o takim przeżywaniu żalu, które pozwoli Panu dalej żyć i uczyć się koncentrować swoje życie na innych niż dotychczasowa partnerka obszarach – przede wszystkim na samym sobie, swoich zainteresowaniach, przyjemnościach, przyjaźniach. Może się to okazać niełatwe, dlatego to ważne, aby w najbliższym trudnym czasie nie zostawał Pan sam. Zachęcam Pana do spotkań z przyjaciółmi. Myślę też, że warto aby poznał Pan osoby, które mają podobne do Pańskich doświadczenia. Może Pan skorzystać w tym celu, np. z grupy wsparcia: http://kochamzabardzo.pl/grupy/grupa-wsparcia. Może Pan tam poznać osoby, które pomogą Panu zrozumieć sytuację, w jakiej się Pan znalazł. Co prawda grupa przeznaczona jest dla kobiet, ale może Pan spróbować się wśród nich odnaleźć. Wbrew pozorom Pana doświadczenia i sposób przeżywania są bardzo podobne do ich. Może Pan również skorzystać z pomocy indywidualnej specjalisty – psychologa. Myślę, że odpowiednią dla siebie pomoc znajdzie Pan tutaj: http://kochamzabardzo.pl/psychopomoc/terapia.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę Panu powodzenia,

Magdalena Chemycz, psycholog – konsultant

Dodano: 23 grudnia 2011
blog comments powered by Disqus