To nie jest Miłość

Aneta Maj, psycholog
fot. af asdf/sxchu

 

Szukamy jej niestrudzenie i marzymy o niej. Gdy znajdziemy tę prawdziwą, życie nabiera barw. Czasem jednak wpadamy w pułapkę fatalnego zauroczenia, które nie ma nic wspólnego z prawdziwym kochaniem. Jest uczuciem destrukcyjnym. Kochanie za bardzo to nie miłość – to choroba, z której można i trzeba się wyleczyć.

 

Pragnienie miłości jest właściwe każdemu człowiekowi już od pierwszych dni życia. Jednak niektórych ludzi znacznie bardziej dotyka głód miłości: „Myślę, że jestem uzależniona od miłości i do tego panicznie boję się samotności. Mam chłopaka od dwóch lat i na zmianę: to jestem szczęśliwa, to zrozpaczona tak bardzo, że sama nie potrafię sobie poradzić. On mnie zdradza, kiedyś parę razy uderzył (od dłuższego czasu już tego nie robi), no i potrafi mnie psychicznie wykończyć… […] Problem tkwi w tym, że ja nie potrafię bez niego żyć. Kilka razy się wyprowadzałam, jednak jak tylko się pojawiała okazja do spotkania – spotykałam się z nim i wracałam. Samotność nie dawała mi żyć, wolałam życie przy nim, niż ciężką walkę o swoją niezależność. Gdy on się pojawia wszystko schodzi na drugi plan. Teraz, gdy go nie ma, strasznie tęsknię… Jeszcze nie będzie go osiem dni i to mnie przeraża. Czuję się okropnie, jakbym miała się zaraz rozpłakać albo zrobić sobie krzywdę. Nic mi się nie chce robić. Strasznie mi źle. Z nim i bez niego.”  Ten poruszający list jest jednym z wielu, który nadszedł do redakcji portalu kochamzabardzo.pl. Justyna cierpi na syndrom kochania za bardzo. O nałogowej miłości i relacjach mówi się od niedawna, choć problem dotyczy wielu osób. Sztandarową już pozycją na ten temat jest książka Robin Norwood „Kobiety, które kochają za bardzo.” To nie przypadek, że ofiarą uzależnienia od miłości padają zazwyczaj kobiety. Właśnie one mają znacznie większą tendencję do poświęcenia się partnerowi bezgranicznie i za wszelką cenę tylko po to, żeby uchronić się przed doświadczaniem samotności. Samotność przeraża. Towarzyszący im na co dzień lęk przed utratą partnera paraliżuje lub popycha do irracjonalnych zachowań.

Lidka pisze: „Tak chorobliwie go kocham. Sprawdzam go na każdym kroku.  Już nawet on to zauważył, że go tak szpieguję. Boję się, że w końcu mnie zostawi, chociaż zapewnia, że nie ma takiej opcji, że powinnam go być pewna, po tym co dla mnie robi. Ostatnio jednak powiedział mi, że chciałby odpocząć, a ja mu nie pozwalam, cały czas przebywając w pobliżu. A ja tak właśnie czuję się najlepiej. Chcę być przy nim cały czas. Czy coś ze mną jest nie tak?”

Kobiety takie jak Lidka czy Justyna często żyją w ciągłym poczuciu wewnętrznego konfliktu: z jednej strony często zdają sobie sprawę, że jedynym rozwiązaniem jest rozstanie, z drugiej nie są w stanie wyobrazić sobie odejścia i funkcjonowania w pojedynkę. Głód miłości sprawia, że bardzo łatwo zatracić się w relacji z partnerem. Kultura również nie sprzyja budowaniu wśród kobiet niezależności. Usilnie wpływa na to, że poczucie własnej wartości wiąże się z tym, czy kobieta jest w związku czy nie (znacznie mniej istotne jak bardzo szczęśliwym…).
Gorzki miód

Kochające za bardzo upatrują sensu swojego życia w mężczyźnie. Z doświadczenia wynika, że często jest on niedojrzały, zachowuje się jak wieczny chłopiec albo wręcz przeciwnie – chce pokazać „kto tu nosi spodnie”. Nierzadko stosuje przemoc, bywa uzależniony, zdradza, poniża. Kobiety cierpią w zaciszach domowych, często nie mają do kogo zwrócić się o pomoc. Taki stan prowadzi do poczucia bezsensu, do zagubienia, chronicznego smutku, a nierzadko do depresji. 53-letnia Maria wyznaje: „… to, co się dzieje od roku, zaczyna mnie przerażać. Zaczął mnie poniżać, lekceważyć, stał się zupełnie innym człowiekiem. W niektórych momentach nie traktuje mnie nawet jak kobietę, której należy się szacunek. Kiedy rozmawiałam z nim o tym, przyznał rację, ale tylko raz przeprosił. Miesiąc temu, przez przypadek, zobaczyłam w jego komputerze zdjęcia różnych kobiet w różnych niedwuznacznych pozach. Zatkało mnie z wrażenia. On nic nie powiedział, ale przez chwilę znów stał się plastrem miodu. […] Wcześniej, na początku znajomości umiałam odmawiać, powiedzieć co naprawdę myślę. A od dwóch lat po prostu godzę się na wszystko. Jest mi wstyd samej przed sobą, że pozwoliłam  z siebie zrobić takie nic.”

Czy kobiety nie zauważają oczywistych sygnałów ostrzegawczych już na wstępie znajomości? A może mężczyźni nagle się zmieniają? Jak zwykle prawda leży pośrodku. Początek zdecydowanej większości związków obfituje w pozytywne emocje, euforię i romantyzm, które prowadzą do idealizacji partnera. Tak trudno wtedy dostrzec wady, a gdy intuicyjnie wyczuwamy, że coś nie pasuje do utworzonego wcześniej nieskazitelnego portretu partnera, uruchamiamy odpowiednie mechanizmy, które niwelują wewnętrzne poczucie sprzeczności na jego temat. „Może często wybucha, ale jak on się potrafi o mnie zatroszczyć”- często słyszymy. Z drugiej zaś strony, z oczywistych powodów, mężczyźni nie mogą ujawniać swoich destrukcyjnych tendencji od samego początku, dlatego tym bardziej się starają i sprawiają dobre wrażenie.

W toksycznych związkach miesiąc miodowy trwa, ale miód nie jest już tak słodki. Pewnego dnia coś zaczyna się psuć –  on się zmienia nie do poznania. Ona to zauważa, ale usilnie wierzy, że poprawa nadejdzie. Z biegiem czasu nic się nie zmienia, bywa jeszcze gorzej. Ona nie jest w stanie odejść, choć wie, że to jedyne słuszne rozwiązanie.

W spadku po rodzicach

Kobiety doświadczające uzależnienia od partnera wybierają zazwyczaj konkretny typ mężczyzny. To nie przypadek z kim się wiążemy. Brzmi banalnie, ale jeśli każdy przeanalizuje swoje związki, ujrzy podobne mechanizmy, powtarzalne schematy zachowań, oczekiwania, sytuacje, konflikty, cechy partnera. Przyjrzyjmy się zwierzeniom Aśki: „…on coraz bardziej odsuwał się ode mnie, by za chwilę wrócić i okazać ciepło. Wkrótce znów się obrażał, a ja coraz bardziej nie wiedziałam co robić… Myślałam ciągle, że to ja robię coś nie tak. Aż w końcu powiedział, że odchodzi. O tak po prostu, to koniec. […] Po historii z Piotrkiem byłam jeszcze w dwóch związkach. Każdy z nich był podobny. Ja rezygnowałam z siebie, a oni brali. A potem zostawiali mnie. I znów czułam się taka samotna, porzucona”. Z tego, czy innego powodu podświadomie wybieramy konkretny typ osobowości partnera.

Wyobraźmy sobie dom, w którym dorastająca dziewczyna doświadcza braku zainteresowania ze strony ojca. Może to skutkować wiązaniem się z osobami, które tak jak ojciec, będą ją ignorowali. Takie zachowanie jest jej doskonale znane i już wie jak się odnaleźć w takiej sytuacji. Pomimo, że będzie odczuwała z tego powodu nieprzyjemne emocje, daje jej to poczucie pewnego komfortu psychicznego, bo dla ludzi to, co znane bywa łatwiejsze do zniesienia, nawet jeśli na dłuższą metę jest destrukcyjne. Nasza bohaterka może pójść także w odwrotnym kierunku i  wiązać się z mężczyznami, którzy obdarzą ją nadmierną uwagą, zamkną ją w złotej klatce i będą zaborczy. Wzór niedojrzałych, toksycznych relacji otrzymujemy w spadku po rodzicach. W ten sposób podświadomie poszukujemy drogi, żeby uwolnić się z doświadczonej traumy, skontaktować się z wewnętrznym dzieckiem. U podstaw uzależnienia od partnera leży zwykle poczucie osamotnienia i porzucenia  doświadczanego w dzieciństwie. Bardzo często osoby takie pochodzą z dysfunkcyjnych rodzin, w których brakowało pozytywnych uczuć, okazywania sobie czułości. Jako dorośli odczuwają później ciągły niedosyt miłości, który może zaspokoić partner. W jego ramionach czują się bezpiecznie, ale to pozorne bezpieczeństwo. Joanna wspomina: „Jestem 38-letnią kobietą po przejściach. Jestem lub byłam (sama nie wiem), kobietą kochającą za bardzo. Miałam trudne dzieciństwo. Wychowywałam się bez matki. Oddała mnie. Urodziła mnie gdy była zbyt młoda i niezdolna by mnie wychować. Oddała mnie pod opiekę swojej mamy, a mojej babci […]. Ja poszłam w zapomnienie. Byłam jak Kopciuszek: przynieś, podaj, pozamiataj! Byłam bardzo samodzielnym dzieckiem, ale też bardzo samotnym. Do dziś nie mam z mamą żadnej więzi. Gdy nadszedł czas, by wybrać studia, wybrałam uczelnię, która była bardzo daleko od rodzinnej miejscowi. Chciałam uciec stamtąd, wyjechać jak najdalej. To był mój cel. I tak oto uwolniłam się. Wydawało mi się, że jestem wolna jak ptak […]. Ale moja wolność szybko się skończyła, gdy poznałam chłopaka i zakochałam się. Jak się wkrótce okazało – nieszczęśliwie. On był z domu dziecka, okaleczony przez los. Podobnie jak ja wychowywał się bez rodziców. Pomyślałam, że stworzę z nim ciepły, wspierający się związek. Ale on nie umiał kochać, był dla mnie zimny i niedostępny. A ja coraz bardziej rezygnowałam z siebie.”

Ciekawym zjawiskiem jest to, że w większości tego typu związków jeden z partnerów unika bliskości, a drugi jest jej zachłanny. Pia Mellody pisze wręcz o Nałogowcu Kochania i Nałogowcu Unikania Bliskości. Są oni połączeni specyficznym relacjami, które nazwalibyśmy współuzależnieniem.

Ofiary romantycznej miłości

O toksycznej miłości mówi się wciąż niewiele, a jest ona uzależnieniem, tak jak alkoholizm. Wszystkiemu winien mit miłości romantycznej. Miłość idealna, miłość wymagająca poświęcenia i cierpienia. Z wiadomych względów kobiety znacznie bardziej obarczone są jej brzemieniem. Dochodzą do momentu, że zapominają o sobie, o potrzebach, pasjach, zatracają własne granice. Tak właściwie trudno już wskazać gdzie się kończy JA, a gdzie zaczyna druga osoba. I wymagają tego samego od partnera – maksymalnego oddania, stają się zaborcze i zachłanne. Uzależnienie od partnera może występować u wszystkich bez wyjątku, nie tylko osób sprawiających wrażenie zagubionych. Wiele razy spotkałam się z tym, że na  pozór pewne siebie, atrakcyjne kobiety bardzo szybko uzależniają się od partnera. Pod twardym pancerzem kryje się zagubienie i niskie poczucie własnej wartości. Takim osobom jeszcze trudniej przyznać się przed samymi sobą do tego, co się dzieje.  Choć problem w dużej mierze dotyczy kobiet, do poradni po pomoc coraz częściej zgłaszają się mężczyźni. Wojciech pisze: „Mam problem, z którym już sobie nie radzę. Jestem żonaty od 9 lat. Nie mamy dzieci. Na początku układało nam się dobrze. Byliśmy zgodnym małżeństwem. Jednak w miarę upływu czasu żona zaczęła miewać wahania nastrojów, a ja stałem się na nie bardzo podatny. Kiedy była szczęśliwa, rozemocjonowana, czułem że żyję, że jest mi z nią dobrze. Kiedy jednak ona miała gorszy dzień, ja również zaczynałem się zamartwiać. Żona z czasem przestała się liczyć z moim zdaniem, przestała mnie w ogóle zauważać. Ja chciałem być widoczny w naszym związku, domagałem się uwagi. Ale to prowadziło jedynie do kolejnych kłótni i awantur. Z czasem wycofałem się dla świętego spokoju. Jej to było i jest na rękę. Raz traktuje mnie jak powietrze, jak zużytą rzecz a innym razem ni stąd ni z owąd jest miła, ciepła, chce się kochać. Czuję się często taki sponiewierany. Nie rozumiany. Wiele razy obiecywałem sobie że odejdę, że nie pozwolę się upokarzać. Ale nie potrafię, boję się, że ją skrzywdzę, a i sobie bez niej nie poradzę. Niepokoi mnie to, że coraz częściej zaglądam do kieliszka. Nie umiem podjąć decyzji co robić.”

Tak jak w przypadku Wojciecha, kochający za bardzo doświadczają nieustannej huśtawki emocjonalnej. To partner i jego nastrój dyktują warunki. Wkrada się jeszcze jedno niebezpieczeństwo – chęć ucieczki od przeżywania trudnych emocji, może w tym skutecznie „pomagać” alkohol.

Historia Aśki zakończyła się happy endem: „… trafiła mi w ręce książka Robin Norwood „Kobiety które kochają za bardzo.” Ona pozwoliła mi otworzyć szerzej oczy, zobaczyć siebie z innej perspektywy. Po tej lekturze zaczęłam czytać wszystkie książki z tego zakresu, szukałam dla siebie ratunku. Chciałam za wszelką cenę zawalczyć o siebie, nie czuć się już nigdy tak źle. Potem trafiłam na terapię. Wykonałam ogromną pracę nad sobą. Odkrywałam prawdę o sobie, krok po kroku. Znałam już wiele swoich mechanizmów obronnych, powodów, dla których wchodziłam w takie a nie inne związki. Zrozumiałam własne słabości. Byłam też na kilku warsztatach, brałam udział w grupach i dziś mogę powiedzieć, że jestem kimś innym. Kimś bardziej świadomym siebie. Jestem zadowolona ze swojego życia. Co prawda nie ma w nim na razie nikogo na stałe ale nie śpieszę się. Daję sobie czas, dbam o siebie. Ten czas traktuję jak swoje drugie życie i nie chcę go stracić.” Czy wystarczy tylko chcieć zmiany? Tak jak w przypadku innych nałogów, trzeba dostrzec problem, trzeba umieć spojrzeć na rzeczywistość. A to dopiero przychodzi z czasem, gdy sytuacja wydaje się podbramkowa. Uwolnienie od partnera następuje stopniowo. Bywa, że trzeba umieć odejść albo ratować i naprawiać to, co do tej pory udało się zbudować. Trzeba umieć mądrze wybrać.

Praca nad uzależnieniem od miłości zaczyna się od uzyskania świadomości swoich przeszłych doświadczeń z rodzicami i partnerami. Każdy ma szansę wyzwolić się i zacząć od nowa. Możliwym jest nauczenie się kochać dojrzale. Jednak wymaga to ciężkiej pracy, nierzadko skorzystania z terapii, grupy wsparcia, gdzie można spotkać osoby z podobnym problemem. Aby kochać prawdziwie, ważne jest pokochanie siebie.

Szanowni Czytelnicy! Gdyby nie Wy i Wasze historie, ten tekst by nie powstał. Zachęcam do korzystania z naszej pomocy. Piszcie o swoich przeżyciach na adres: psycholog@kochamzabardzo.pl

 

 

Dodano: 19 października 2012
— Aneta Maj, psycholog
blog comments powered by Disqus