Samotność nad talerzem

Sandra Waszniewska
fot. sxc.hu

Niedawno poproszono mnie o konsultację przebywającej w szpitalu od miesiąca młodej pacjentki chorej na anoreksję. Oto historia, którą usłyszałam:


Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie. Pewnego dnia oglądając telewizję, mój kolega pokazując modelki powiedział: „zobacz, jakie one są piękne”. Wtedy zaczęłam się zastanawiać nad własnym wyglądem. Porównywać moje wymiary i zewnętrzne walory. Momentalnie zrobiło mi się smutno. Następnego dnia jednak już o tym zapomniałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Gdzieś, bowiem głęboko w mej duszy „utknęła drzazga”.
Niezadowolona ze swych kształtów wprowadziłam – jak wiele rówieśniczek – dietę odchudzającą, ta zaś z czasem opanowała całą moją egzystencję. Dążenie do idealnego wyglądu wydawało mi się naturalne. Powoli jednak pokarm zaczynał być widziany przez mnie jako zanieczyszczenie organizmu. Nawet nie wiem kiedy to się stało, gdy zaczęłam się żywić tylko małymi porcjami nabiału i owocami.

Głód i zimno
Po paru miesiącach przeszłam na głodówkę, aby oczyścić swój organizm. Największym problemem był głód. Dokładnie czułam gdzie mam żołądek. Starałam się ignorować lub pokonać mój głód. Całą swoją energię poświęcałam na walkę z tym uczuciem. Opracowywałam różne strategie po to, aby o nim zapomnieć. Wytyczałam sobie coraz większe wymagania i surowsze reguły. Ostry reżim dawał mi poczucie własnej wartości.

Na początku zaczynałam marznąć. Zamykałam wszystkie okna i wchodziłam pod koc. Ubierałam się na cebulkę, jednak ten chłód tkwił we mnie. Trochę kręciło mi się w głowie. W ustach miałam niesmak. Później uczucie głodu minęło. Pojawiły się bóle mięśni, mdłości, osłabienie i niepokój. Jedzenie stało się moją potrzebą psychiczną. Głodówka męczyła mnie fizycznie. Nocą budziły mnie skurcze łydek.
Dzwoniłam do znajomych z pytaniem, „co jedzą?”. W myślach obracałam na języku każdą z wymienionych potraw. Chodziłam do sklepów spożywczych. To był rodzaj masochizmu, ale nie mogłam się powstrzymać. Myślałam tylko o jedzeniu. Tak gwałtowne ograniczenie spożywanych posiłków spowodowało, że praktycznie natychmiast schudłam kilka kilogramów. To było zadziwiające. Nagle wszyscy bliscy i znajomi zauważyli, że schudłam. Działo się to niesamowicie szybko. Niemal z dnia na dzień.

Euforia
Gdy mój apetyt powrócił, żołądek był już mocno skurczony i szybciej czułam się nasycona. Ponadto byłam zadowolona z reakcji otoczenia na mój wygląd. Gdy schudłam potrzebowałam nowych ubrań. Moja szafa, tak jak moja waga uległa przemianie. Codziennie otrzymywałam komplementy. Dla mnie, osoby jak dotąd postrzeganej jako „szarą myszka”, od której można było przepisać pracę domową, trudno było o lepszy narkotyk – te reakcje ludzi dawały im ogromną przyjemność, a ja chciałam więcej i więcej. Wreszcie byłam zauważana i doceniana. Czułam euforię. Nareszcie coś ode mnie zaczęło zależeć: sama ustalałam ilość spożywanego pokarmu, sama się kontrolowałam i sama ćwiczyłam.
Moja choroba przebiegała etapami: najpierw była głodówka. Potem jadłam dwa posiłki dziennie, co dzień takie same. Następnie tylko jeden, który zmniejszał się stopniowo coraz bardziej. Po pewnym czasie doszedł do minimalnych rozmiarów. Wolałam uczucie głodu niż sytości.

Kontrola
W miarę jak traciłam na wadze, coraz bardziej bałam się czy nie jem za dużo. Obawiałam się, że jeśli odpuszczę dietę choćby na chwilę, stracę nad wszystkim kontrolę i zacznę się objadać. Chciałam jeść. Gdy patrzyłam na rodzinę podczas posiłków „wyłam z głodu”. Potrafiłam jednak odmówić sobie jedzenia, zignorować sygnały głodu dochodzące z organizmu. Czułam wtedy ogromną satysfakcję, że umiem sama sobą pokierować. Czułam się silna, pełna energii jak nigdy dotąd. Waga łazienkowa u koleżanek i u higienistki szkolnej stała się dla mnie wyrocznią. To od niej zależało czy będę mieć dobry czy zły dzień.
Zaczęłam mieć obsesję na punkcie porządku. Zapisywałam swoją wagę, liczyłam przyswojone kalorie, wypunktowywanie wykonywanych ćwiczeń stało się codziennością. Co tydzień dokonywałam pomiarów swoich obwodów za pomocą centymetra krawieckiego. Założyłam sobie nawet pro-anorektyczny zeszyt i umieszczałam w nim inspirujące artykuły, zdjęcia wychudzonych modelek. Wypełniałam go także dietetycznymi poradami, cytatami, listami niskokalorycznych potraw i czymkolwiek co odciągało mnie od jedzenia. Mimo, że zawsze uczyłam się dobrze, teraz stałam się fanatyczką. Sporządzałam nawet notatki z własnych notatek i przeglądałam je do późna w nocy, bez względu na to czy następnego dnia był sprawdzian, czy też nie.
Z czasem ludzie zaczęli mi mówić, że powinnam zacząć jeść, że jestem za chuda, lub, że źle wyglądam. Ja jednak patrzyłam w lustro i widziałam potwora. Grube uda, wielki, tłusty brzuch i pyzata twarz. Przestało mnie cokolwiek interesować, nie miałam na nic siły a wszystko dookoła wzbudzało złość. Nie miałam ani siły, ani ochoty rozmawiać z ludźmi, spotykać się z nimi, uśmiechać się. Nawet przerwy w szkole spędzałam sama, na korytarzu obok sali, aby nie musieć chodzić po schodach. Nadal było mi przeraźliwie zimno.

Nienawiść
Coraz bardziej czułam się niespokojna, przygnębiona i przerażona. Przeżywałam liczne konflikty wewnętrzne. Jedzenie stało się formą pewnego zmagania ze samą sobą. Mimo wszystko byłam bardzo przywiązana do mojej choroby, ponieważ dawała mi poczucie siły. Nazwałam ją „Anną”, więc byłyśmy odtąd ja i moja przyjaciółka „Anna”. Oglądając czasopisma i telewizję nienawidziłam wszystkich modelek, nienawidziłam jedzenia i nienawidziłam siebie. Nienawidziłam swoich 42 kilogramów, sińców pod oczami, wypadających włosów i pękających paznokci. Ideałem było dla mnie ciało prawie niematerialne, bez odrobiny tłuszczu, wręcz bez mięśni. Kobiece kształty, piersi i biodra budziły we mnie obrzydzenie.

Depresja
Z czasem coraz ciężej było mi się uczyć. Miałam trudności z koncentracją, oraz przyswajaniem materiału. Uczyłam się coraz dłużej, gdyż mój mózg był niedożywiony. Coraz szybciej się męczyłam. Utratę miesiączki przyjęłam z ogromną ulgą, gdyż uważałam, że wreszcie mam kontrolę nad swoim ciałem. Byłam apatyczna, często zmęczona, senna, lecz nadal grałam osobę wesołą. W końcu „dopadła mnie” depresja. Budziłam się rano i nie chciało mi się wstawać z łóżka. Symulowałam chorobę lub złe samopoczucie i zostawałam w domu. Nie chciałam nigdzie wychodzić. Całymi dniami przesiadywałam w moim pokoju, gdzie czułam się bezpiecznie i pewnie. Nie chciało mi się żyć, nie widziałam jego sensu, bo co to za życie, kiedy się ciągle płacze i popada w depresję. Miałam dosyć wszystkiego, a na domiar złego moje uda przypominały mi balerony, mimo, że mogłam je objąć palcami. Ramiona wydawały mi się być obrośnięte sadłem, mimo, że potrafiłam je objąć kciukiem i palcem serdecznym. Nie radziłam sobie. Nie było godziny, podczas której bym nie płakała, nie myślała o jedzeniu.
Zaczęłam często wykłócać się z rodzicami. Wpadałam niemal w furię, a gdy przychodziłam do mojego pokoju, właściwie nie miałam pojęcia, o co chodziło. Zaczęłam używać wulgarnych słów w stosunku do rodziców, czasem zdarzało mi się nawet czymś w nich rzucić. Przerażało mnie to, bo przestałam nad sobą panować. Zniknęła moja wszechobecna kontrola.
Rodzice byli bardzo zaniepokojeni moim stanem. W końcu zaprowadzili mnie do psychologa. Chodziłam tam z przymusu. Nie widziałam w tym większego sensu. Przecież byłam zdrowa. Jednak rodzice nie dawali mi spokoju. Każdy posiłek musiałam zjadać razem z nimi przy stole. Jadałam na małych talerzykach, aby zjeść mniej. Jedzenie kroiłam na małe kawałeczki i to, co mogłam „naturalnie rozrzucałam” po talerzu, a resztę zjadałam cierpiąc ogromne katusze. Czasami udawało mi się wypluć jedzenie do chusteczki, bądź schować do rękawa. Rozlewałam „przypadkiem” zupę, wcierałam masło we włosy lub wciskałam pod paznokcie. Twierdziłam, że nie lubię danej potrawy lub, że boli mnie żołądek i nie mam ochoty nic jeść. Starałam się niczego nie połykać. Brałam trochę jedzenia w usta i określałam oraz zapamiętywałam jego smak i zapach, po czym wypluwałam. Czułam wtedy jakbym rzeczywiście to zjadła i ochota na dalsze porcje mijała. Kiedy czasem jadłam, miałam ogromne wyrzuty sumienia. To tak jakby siedziała we mnie taka druga „ja”, która mówiła, że nie powinnam jeść. To była taka walka z samą sobą. Wydawało mi się, że świat, który mnie otacza to kalorie. Gdy siedziałam z rodzicami przy obiedzie, chciałam im pokazać, że jest coś co chociaż trochę zależy ode mnie: moje odżywianie, waga, wygląd. Oni przez całe moje życie decydowali o wszystkim. Mama mówiła mi zawsze, jak mam się ubierać, zachowywać, a nawet czuć. Nigdy nie mogłam odpowiedzieć za siebie. Nie chciałam żeby mnie źle zrozumieli, nie chciałam się z nimi kłócić, więc wzięłam sprawy w swoje ręce.

Walka
Co noc modliłam się i prosiłam Boga, aby to coś, co we mnie siedzi odeszło, bym znów była sobą. Powtarzałam sobie:  „Magda, idiotko, zjedz, po prostu zjedz”. Nie mogłam jednak. Wewnętrzna blokada była ode mnie silniejsza. Coś w środku mnie bało się jedzenia. Pływałam do kresu sił, później wychodziłam na rower, rolki. Biegałam dziennie około 20 kilometrów.
Zaczęłam się krzątać po kuchni i pomagać przyrządzać posiłki, by pozbyć się podejrzenia o chorobę czy wyrzucanie pokarmu. Gotując czy też krojąc sałatki nigdy nie próbowałam swoich potraw, starałam się sprawiać wrażenie, że rzeczywiście nie boję się jedzenia, że jestem chętna w każdej chwili coś zjeść.

Gdy zrozumiałam, co się ze mną dzieje, stwierdziłam, że sama mogę sobie pomóc. Przecież wystarczy po prostu jeść. Nie sądziłam jednak, że ta choroba tkwi we mnie aż tak głęboko. Owszem, zaczęłam jeść. Przytyłam nawet kilka kilogramów, ale tak naprawdę nie potrafiłam jeść normalnie. Na przemian jadłam i głodowałam. Wolałam zjeść dużą ilość kalorii w kilku kostkach czekolady lub chipsach, niż znacznie mniej na przykład w talerzu sałatki. Przerażała mnie chyba ilość jedzenia. Wydawało mi się, że jeżeli zjem cały talerz zupy to przytyję natychmiast do monstrualnych rozmiarów. Z czasem moje jedzenie przybrało postać ataków bulimicznych. Jadłam wszystko, co wpadło mi w ręce. Chodziło mi tylko o rozładowanie emocji poprzez samą czynność jedzenia. Nadal nie chciałam przytyć, więc po napadach obżarstwa miałam okresy głodówek. Łykałam mnóstwo tabletek przeczyszczających i odwadniających. Miałam potworne wyrzuty sumienia. Czułam, że zdradzam siebie i moją przyjaciółkę „Annę”. Anoreksja była taka ładna, czysta, a teraz zanieczyszczałam swój organizm. Traktowałam go niemalże jak śmietnik.
Aby umniejszyć swą winę i zdradę wobec „Anny”, ćwiczyłam. Ćwiczyłam niemalże do upadłego, gdy tylko znajdowałam wolną chwilę. Wszyscy zauważali moją apatię. Straciłam kontakt ze znajomymi. Byli mi zupełnie obojętni, zbędni. Najważniejsze było dla mnie odchudzanie i jego efekty. Moją największą miłością był pusty żołądek. Znów moim jedynym posiłkiem stał się jogurt 0% tłuszczu. Było mi niedobrze na myśl o jedzeniu. Przeżywałam stres, gdy widziałam coś tłustego. Aby uśpić czujność rodziców defilowałam po pokoju z talerzem pełnym okruszków, udając, że przed chwilą zjadłam kanapkę. Nadal ćwiczyłam, mimo, że zrobienie skłonu było dla mnie ogromnym wysiłkiem. Przy każdym ważeniu wkładałam sobie ciężkie rzeczy do kieszeni, wypychałam bieliznę różnymi rzeczami. Zaczęłam nosić obszerne ubrania, aby nie było widać mojego wychudzenia. Makijażem maskowałam sińce pod oczami.

Bezsilność
W maju tego roku, gdy nie miałam już sił podnieść się z łóżka rodzice oświadczyli, że jedziemy do szpitala, gdzie się mną zajmą. Chciałam jechać, naprawdę chciałam, bo wiedziałam, że sama nie dam sobie rady, że jestem chora. Szpital, w którym teraz leżę jest paskudny. Mam pidżamę bez kieszeni, abym nie miała gdzie chować jedzenia. Moje szafki są sprawdzane kilka razy dziennie, gdyż „nikt tu nie wierzy anorektyczkom”. Kiedy w izbie przyjęć stanęłam na wadze mama zamarła, ważyłam 34 kg. Lekarze powiedzieli rodzicom, by nie dzwonili do mnie zbyt często i nie przyjeżdżali. Posiłki zjadam przy pielęgniarkach. Zaraz potem jestem podłączana do kroplówki, ponieważ lekarze twierdzą, że wymiotuję. Ale ja nie wymiotuję. Wiem, że nie wypuszczą mnie dopóki nie przytyję paru kilogramów. Mój organizm nie toleruje po prostu jedzenia. Wydaje mi się, że po każdym kęsie puchnę. Był moment, kiedy stwierdziłam, że jestem chuda, ale co z tego, skoro i tak boję się przytyć.  Okazało się, że mam anemię, niedobór żelaza, zanik mięśnia sercowego, a związku z tym zwolnienie akcji serca. Dodatkowo zmiany hormonalne, zaburzenia biochemiczne i hematologiczne. Nic mnie to nie rusza. Zawsze udaje mi się skryć gdzieś jedzenie, a kąpiąc się pod prysznicem trochę poćwiczyć. Leczenie polega na ważeniu mnie co dwa dni. Jestem sama. Boję się nawiązywać kontakty z innymi ludźmi. Najczęściej leżę w swoim pokoju i patrzę się w sufit. Czuję się tu jak zwierzę. Żadnych wizyt, wychodzenia, nawet do toalety chodzę pod kontrolą.
Pewnego dnia pani docent zawołała mnie do sali obok. Leżała tam młoda dziewczyna. Miała bardzo szczupłą twarz i takie zmęczone, zamglone oczy. Lekarz powiedział, że ją tracą. Nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam krzyczeć, aby ktoś coś zrobił. Ona tylko zamknęła oczy, zbladła i leżała tak bez ruchu, taka spokojna, jakby było jej dobrze. Wybiegłam płacząc. Teraz modlę się, aby to wszystko minęło, by Krysia była szczęśliwa w niebie i żeby Bóg karmił ją łakociami, których nie jadła za życia.

W tym momencie Magda przerwała swoją opowieść…

Przede mną leżała na łóżku wychudzona, młoda dziewczyna. Jej oczy były zapadnięte, a pod nimi ciemne koła. Złota skóra była cienka jak papier i rozciągnięta ciasno między kośćmi. Można było policzyć jej żebra, które ostro wystawały, a biodra i kolana odznaczały się pod ubraniami. Lekarze poinformowali mnie, że Magda ma zanik mięśni, dodatkowo początki osteoporozy i meszek anorektyczny na karku, ramionach i brzuchu.
To było przerażające. Wiedziałam jak ona spostrzega swoje ciało, a teraz również widziałam jak ono wygląda naprawdę. Różnica była znacząca. Nie mogłam się nadziwić jak bardzo zawodził ją własny umysł. Zastanawiałam się, co musiało się zdarzyć w jej organizmie, aby ta dziewczyna zaczęła siebie tak spostrzegać. Czy było to na skutek jakiś enzymów, czy też hormonów. Przecież jej własny wzrok nie mógł się mylić aż tak bardzo.
W mojej głowie roiło się od pytań: Jak to możliwe, aby młoda kobieta ważąca 35 kilo narzekała, że jej brzuch i uda są za grube? W jaki sposób jedząc jeden listek sałaty dziennie nie narzeka, że jest głodna i nadal codziennie znajduje tyle siły, aby intensywnie ćwiczyć, chodzić na długie spacery, uczyć się, pracować? Nawet nie odnosząc się do chorych na anoreksję możemy zauważyć, że nasza autopercepcja jest zaburzona. Swoje przyjaciółki widzimy bardzo wyraźnie. Dlaczego ślepniemy patrząc w lustro?

 

Autor: Sandra Waszniewska, psycholog

 

 Bibliografia:

1. Abraham, S., Llewelyn – Jones, D. (1999). Bulimia i anoreksja: zaburzenia odżywiania. Prószyński i S-ka: Warszawa
2. Holas P. (2002). Anoreksja nervosa. http://Psychologia.edu.pl
3. Jablow, M. M. (2000). Anoreksja, bulimia, otyłość: przewodnik dla rodziców. GWP: Gdańsk
4. Józefik, B. (red). (1999). Anoreksja i bulimia psychiczna: rozumienie i leczenie zaburzeń odżywiania się. Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego: Kraków
5. Namysłowska, I., Paszkiewicz, E., Siewierska, A. (2000). Gdy odchudzanie jest chorobą: anoreksja i bulimia. Intra W.A.B.: Warszawa
6. Suchańska, A. (red). (2000). Podmiotowe i społeczno kulturowe uwarunkowania anoreksji: wybrane zagadnienia. Wydawnictwo Fundacji Humaniora: Poznań
7. Włodawiec, B. (2001). Psychoterapia zaburzeń odżywiania się. Instytut Psychospołeczny: Warszawa
8. Ziółkowska, B. (2001). Ekspresja syndromu gotowości anorektycznej u dziewcząt w stadium adolescencji. Wydawnictwo Fundacji Humaniora: Poznań

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodano: 24 stycznia 2012
— Sandra Waszniewska
blog comments powered by Disqus