Whisky, moja żono…

Z Radkiem alkoholikiem rozmawia Kamila Pasternak

Radek jest alkoholikiem. Od trzech lat trzeźwiejącym. Wódka przez ponad 20 lat kierowała jego życiem i kształtowała relacje w związkach z kobietami.  

Kamila Pasternak: Jak i kogo kocha alkoholik?

Zacząłem pić w wieku 18 lat, zupełnie normalnie, jak każdy. Dziś wiem, że picie było zbyt częste, ale tak pili wszyscy w moim towarzystwie. Picie w Polsce w ogóle jest traktowane, jako coś normalnego i oczywistego. Dziś zresztą trudno powiedzieć, czy pili wszyscy, czy to właśnie ja wybierałem ludzi i stwarzałem okazje do napicia się, bo nie znam nikogo z moich dobrych kumpli, kto skończyłby tak jak ja. Każdy mój związek był trudny. Dlatego, że ja byłem  i jestem trudny. Oczywiście, jak każdy, potrzebowałem być z kimś, ale alkohol był zawsze ważniejszy. Poza tym on potęgował moje emocje więc nie umiałem być z kimś normalnie. Ja albo „kochałem najbardziej na świecie”, albo nienawidziłem swoją partnerkę za wymówki, pretensje i przede wszystkim, dlatego że „ona mnie nie rozumie”. Toksyczność mego związku polegała na tym, że nie był on oparty na prawdzie. Moje uczucia i emocje były pijane. Ona nigdy nie znała mnie trzeźwego. Wszystko oparte było przede wszystkim na uczuciach „pod wpływem”. Wzbudzałem litość i strach, zazdrość i „szacunek” zależnie od tego, w jakim byłem nastroju.

Do dziś nie wiem, dlaczego mnie nie zostawiła. Na pewno byłem dobrym manipulantem. Kiedy czułem, że mam silną pozycję, a wpływ miały na to przede wszystkim finanse, oprócz ogólnie dobrego humoru potrafiłem też być władczy. Budziłem wtedy „szacunek” no i byłem hojny w słowach i gestach. Mogła się wtedy czuć dobrze, bezpiecznie. Kiedy zaś byłem słaby, zamieniłem się w „nieporadne, skrzywdzone dziecko”, które jej potrzebowało. To z kolei dawało jej (prawdopodobnie) siłę i poczucie bycia kimś ważnym, niezastąpionym. Nie chcę teoretyzować, ale tak to moim zdaniem wyglądało. Nic nie działo się  naprawdę. Wszystko było sztuczne, substytuty uczuć. Dlatego dziś uczymy się siebie na nowo. Ja jestem inny, inaczej reaguję, mam inne wymagania i oczekiwania. Szczerze, wtedy nie wiedziałem po prostu, co to znaczy KOCHAĆ.

 

K.P.: Jakie myśli, odczucia zapamiętałeś z okresu, kiedy trwałeś w nałogu..

Dziś już można powiedzieć, że nie pamiętam fajnych sytuacji z okresu, gdy piłem. Nie mówię, że ich nie było, ale o ile wcześniej wyolbrzymiałem swoje „ekstra imprezy”, o tyle dziś, gdy nie patrzę już przez pryzmat butelki na siebie i swoje życie, widzę inną stronę.
Żyłem w stanie permanentnego STRACHU. Bałem się odbierać telefony. Myślałem, że znów narozrabiałem albo, że to ktoś z rodziny dzwoni i „będzie sie czepiał”. Obawiałem się, że może w pracy ktoś znów się poskarżył na mnie, że poczuł ode mnie alkohol. Bałem się, że to po mnie widać. A największy chyba lęk to o to,  że nie mam kasy na jutro, żeby się napić. Strach wywoływał frustrację. Obwiniałem wszystkich, jakąkolwiek próbę pomocy czy wytknięcia mi mojego pijaństwa traktowałem jako atak. Bo to moje życie, bo ja piję za swoje, bo to moja sprawa, bo wszyscy piją. Bo coś mi się udało, albo, że kolejna dziewczyna mnie zostawiła. A na frustrację najlepiej pomagał alkohol. Jest to choroba zaprzeczeń. Chory dowiaduje się ostatni, że ma problem. Kiedy opuszczali mnie wszyscy, ja miałem tendencję do obrażania ludzi. Można powiedzieć, że leżałem zarzygany we własnym gównie, a i tak na wszystkich patrzyłem z góry, bo kiedy mnie opuszczali ja i tak nie byłem sam, bo miałem wódkę i swoje towarzystwo.

 

K.P.: Opowiedz o swojej relacji w związku z tamtego okresu

Najdłuższy związek z tamtego okresu to związek, który jakimś cudem trwa do dziś. Mieszkałem już wtedy w Stanach, w Chicago. Stany to kraj prawie nieograniczonych możliwości, zawsze chciałem tu przylecieć. W Polsce, niczego nie skończyłem prócz liceum. (pewnie dlatego, że zacząłem pić i palić trawę dopiero w 4-tej klasie). A były wielkie plany – szkoły teatralne i studia prawnicze…

Do egzaminów końcowych w studium administracyjno-prawnym nie podszedłem. Za miesiąc miałem być już w Stanach. Planowałem popracować dwa lata, wrócić do Polski i otworzyć knajpę. Dzięki Bogu nie wyszło. Mam tu trochę rodziny. Między innymi ojca, który namawiał mnie, bym poszedł do szkoły, zdobył fajny zawód. Ja wolałem jednak szybkie i dosyć niezłe pieniądze, które jeszcze szybciej trwoniłem. Nigdy nie potrafiłem cierpliwie czekać na efekty. Ja musiałem wszystko mieć JUZ, TERAZ. Gdyby alkohol lub narkotyki działały dopiero po 3 dniach, pewnie bym nie używał… Ale Stany dały mi tez możliwość trzeźwienia. Boję sie nawet myśleć, jak skończyłbym w moim małym miasteczku na wschodzie, czy znalazłbym AA…?

Ale wracając do mojego związku…
Poznaliśmy się w klubie. Moje pierwsze słowa to oczywiście: „napijesz się sie ze mną?”. Byłem akurat świeżo po rozstaniu z dziewczyną, która miała już dość. Na koniec ją uderzyłem. Z nową zacząłem się spotykać. Oczywiście wszystko było „wspaniałe”. Jednak już na początku naubliżałem jej, bo nie chciała mi pożyczyć pieniędzy. Zazwyczaj piliśmy razem. Oczywiście ja więcej. Zdarzały się ostre kłótnie o alkohol. Do tego doszła kokaina. W pijanym związku nic nie jest normalne i nigdy nie było normalnie. Kiedy były kłótnie o byle co, dochodziło do rękoczynów i to wzajemnych, ale zaraz potem było „godzenie się”. Kwiaty, wyznawanie miłości i takie tam. W ciągu roku wyrzucali nas 3 razy z mieszkania. Pewnego dnia zdecydowaliśmy się na dziecko. Ja miałem już ponad 30 lat i bardzo chciałem potomka, ona 24 lata i też chciała. Do tego sądziłem, że jeśli będę miał dziecko to przestanę pić. O tym, że mam problem, wiedziałem już od około 6 lat, tyle, że ja nigdy nie chciałem przestać, ja po prostu chciałem znów pić NORMALNIE.

 Kiedy ona była w 4 czy 5 miesiącu ciąży, znalazłem sobie kochankę.  To była też spotkana przypadkiem dziewczyna, którą zaprosiłem na drinka. Dziewczyna skrzywdzona, po przejściach, a ja potrafiłem być uroczy. Ona mnie uwielbiała i mi to schlebiało. Dochodziło oczywiście też i tutaj do incydentów. Raz nawet musiała zmienić mieszkanie po mojej pijackiej awanturze z właścicielką. Ja oczywiście w mojej pijanej mózgownicy miałem milion pomysłów na rozwiązanie tej sytuacji, ale tkwiłem cały czas w najwygodniejszej dla siebie, użalając się na cały świat.

Przyszedł dzień porodu. Zawiozłem swoją dziewczynę do szpitala i pod pretekstem przygotowania wszystkiego w domu, pomimo jej próśb bym został, pojechałem. Obiecałem jej, ze wrócę rano. A sobie, po powrocie do domu, że to będzie mój ostatni (po raz kolejny) raz. Kupiłem sobie duże ilości crack-cocaine i skrzynkę piwa.

Ocknąłem się o 5 rano, wziąłem prysznic i zdążyłem do szpitala. Ona oczywiście poznała mój stan i chciała mnie wyrzucić. Pielęgniarki przekonały ją jednak, że mogę się przydać. Przydałem się. Z jednej strony zachowałem się strasznie, ale przecież mogłem się chełpić, że przecież byłem, dotarłem, że można na mnie liczyć. Takimi momentami podpierałem właśnie swój alkoholizm.

 

Gdy mój, dzięki Bogu, zdrowy syn miał 3 tygodnie pojechałem do kochanki. Poszliśmy do knajpy, a w drodze do jej domu poszedłem kupić jeszcze narkotyki. W wyniku „nieporozumienia” pobiłem dealera na ulicy. Przyjechała policja. Ja towar już miałem „na sobie”. I tak wylądowałem w więzieniu. Mój syn miał 3 tygodnie, a ja siedziałem w więzieniu. Nie mogłem uwierzyć. W Polsce studiowałem prawo (duże słowo, zwłaszcza, że wolałem się bawić zamiast uczyć i trwało to tylko 2 lata), miałem ambicje a teraz siedziałem w więzieniu. Oczywiście ogromna chęć poprawy, gorące modlitwy. Przyrzekanie, że nigdy więcej…

Kochanka wyjechała po tym incydencie do innego stanu. A ja piłem dalej. Ponieważ był to mój pierwszy raz dostałem 2 lata dozoru. Faktycznie przestałem zażywać narkotyki. Mogły wyjść na testach, a ja strasznie się bałem wrócić do więzienia. A moje picie nabierało tempa. Podświadomie wykorzystywałem sytuację, że teraz już mojej dziewczynie nie będzie łatwo mnie zostawić. Nie można też było zakwestionować mojej miłości do dziecka, która później w ogromnej mierze przyczyniła sie do mojego trzeźwienia. Moją partnerkę udawało mi się też zwodzić, dlatego, że nigdy nie kupiłem sobie dużej butelki wódki. Zawsze piłem z wielu małych butelek, które łatwo było chować i szybko opróżnić ukradkiem. Do domu zazwyczaj kupowałem dla siebie piwo, a dla niej wino. Kiedy zaczynały się jazdy, udawało mi się zwalniać lub ograniczać picie na tyle, by ją udobruchać. Aż pewnego dnia, gdy straciłem prace i byłem na jej utrzymaniu przez ok 3 miesiące, ona zaczęła częściej mówić o tym, że mnie zostawi. A ja zobaczyłem, że da sobie beze mnie radę.

K.P.: Co możesz powiedzieć o sobie  z tamtego czasu? Jak wtedy o sobie myślałeś?

Jedną z podstawowych cech alkoholika jest to, że manipuluje ludźmi, więc robiłem to. Oczywiście nie było to z premedytacją. To stało się sposobem na przetrwanie. Na zapewnienie sobie komfortu picia. Normalne więc było, że obiecywałem ludziom różną pomoc, „bezinteresownie”, a i tak pewnego wracałem do tych ludzi po pożyczkę albo nadużywałem ich gościnności. Często za wykonaną pracę nie chciałem pieniędzy, ale dawałem do zrozumienia, że wypada coś postawić. Później znów na tym „jechałem”, że ja im tak pomogłem. Inną manipulacją było wzbudzanie litości. Przedstawianie siebie, jako ofiary. A ja mogłem to z powodzeniem robić. Ojciec alkoholik, starszy brat też, mamusia też niestety nadużywała, gdy ojciec wyjechał do Stanów. Było, nad czym się użalać. Wyolbrzymiałem swoją rolę, (choć była ona rzeczywiście duża) w wychowywaniu o 14 lat młodszego brata. A wszystko po to, by usprawiedliwić podświadomie swoje picie. Cały czas naprawdę ciężko i dobrze pracowałem, ja akurat byłem typem funkcjonalnego alkoholika. Czyli mogłem pracować, pic i łączyć z piciem podstawowe obowiązki. A pracowałem więcej niż inni właśnie po to, by nie czepiano się, że piję w pracy. Poza tym sztukę przepraszania opanowałem do perfekcji. W końcu miałem za co… Poza tym pojawiały się oczywiście momenty, gdy docierało do mnie, co ja tak naprawdę robię. Gdy zdawałem sobie sprawę, że dążę do samozniszczenia. W takich momentach pojawiało się magiczne: OD JUTRA PRZESTANĘ PIĆ.

 

K. P.: Jak to się stało, że jednak postanowiłeś coś w końcu zmienić w swoim życiu?

Przyszedł wtedy do nas przyjaciel rodziny. Koleś, którego ja „nawracałem” już od lat, bo też miał problem. Powiedział mi, że minęło mu właśnie 3 miesiące niepicia. Boże! 3 miesiące! Magiczna cyfra, okres, po którym można powiedzieć, że organizm wyczyścił się z resztek alkoholu, że umysł może zacząć, podkreślam ZACZĄĆ, normalnie pracować. Dla mnie było to nieosiągalne. Podejmowałem wiele prób, ale najdłuższy okres bez gorzały to 2 miesiące i 3 tygodnie. Po pierwsze, zobaczyłem, że on może. Po drugie, jak już wspomniałem, ja o swoim problemie wiedziałem już od 2000 roku. I od tamtej pory podejmowałem średnio 2 razy do roku próbę przestania całkowitego picia. Jednak najczęściej chciałem po prostu pić normalnie. Umieć kontrolować się tak, by się nie upijać, albo pić tylko w weekendy lub tylko „przy okazji”. Nigdy mi się to już nie udało. Obsesja picia była tak duża, a moja choroba tak zaawansowana, że nie miałem szans. I wtedy właśnie sięgnąłem swego dna.

 

Moim dnem było to, że nie mogłem, nie miałem jak już sam siebie oszukiwać. Nie zostało mi nic do sprawdzenia. Wszystkie znane mi metody nie działały. PODDAŁEM SIĘ. Pamiętam jak dziś, gdy siedząc w pralni, powiedziałem do siebie: „to chuj! rzucam picie, wracam na meetingi.” Był to moment, gdy zaakceptowałem swoją bezsilność wobec alkoholu i przyznałem, że sam nie dam rady. Najważniejsza decyzja w moim życiu. Było to pod koniec listopada 2008 roku.

Ponieważ wielokrotnie rzucałem picie, byłem przygotowany na najgorsze. Pamiętam, że przy pierwszych próbach nie miałem jeszcze żadnych właściwie dolegliwości fizycznych, ale każdy następny raz jest dużo gorszy. Dlatego między innymi, że po każdej takiej przerwie piłem dużo więcej. Tak jakbym chciał nadrobić „stracony czas”. Wypić to, czego nie wypiłem. Poza tym miałem wyrzuty sumienia, że znowu piję i musiałem je zagłuszyć.

 

Kiedy więc tym razem zdecydowałem się przerwać ten ciąg, po raz pierwszy udało mi się kontrolować picie. Nie mogłem niestety odstawić alkoholu tak po prostu. Ja nie miałem ciągów trzydniowych, czy nawet tygodniowych. Ja wtedy piłem nieprzerwanie od kilku miesięcy. Wstawałem nawet w nocy, by się napić. Piłem 24 godziny na dobę, od kilku miesięcy. Zrobiłem więc sobie zejście. Pierwszego dnia 4,5 l piwa rozłożyłem na cały dzień, na drugi 3 l i ostatniego 1,5 l. Dawkowałem sobie tak, by wypić dopiero, jak już będę tracił przytomność albo zauważę jakieś naprawdę niepokojące objawy. Wiedziałem, że dam radę. Wiedziałem też, że najgorsze będą dopiero następne 3 dni. Delirium, biegunka i rzyganie krwią (sorry, ale tak było), potworny ból całego ciała. Miało jednak boleć. Wiedziałem też jedno, że „jeśli nie zdechnę to dam radę”. Dałem! Następnego dnia mogłem już iść na meeting. Ostatni łyk alkoholu miałem jednak około 2 dni później, 5-ego grudnia, gdy znalazłem jedną z tych małych buteleczek i odruchowo się napiłem. Dzięki Bogu nie wciągnęło mnie.

 

K.P.: Skąd dowiedziałeś się o wspólnocie AA?

To było w 2000 roku. Po kolejnym ciągu kokainowo-alkoholowym dostałem zapaści psychicznej. Jestem pewien, że nawet najtwardsi „zawodnicy” mają takie momenty, gdy padają na kolana i wyją, że nie dają już rady. Ja też tak miałem. Wziąłem wtedy telefon i zadzwoniłem na informację. Przez łzy udało mi sie powiedzieć pani, że potrzebuję pomocy, bo nie dam rady pić. I ona dała mi numer do polskiego AA w Chicago. Proszę zwrócić uwagę, że nie powiedziałem, że chcę przestać pić,  ale że „nie dam rady pić”. Bo ja tak naprawdę chciałem tylko „pić normalnie”. Hahahaha… dziś mogę sie z tego śmiać dzięki Bogu!

 

K.P.: Rozumiem, że teraz należysz do wspólnoty Anonimowych Alkoholików – co daje Ci uczęszczanie na meetingi?

Mam na imię Radek i jestem alkoholikiem… Nie mogę zbyt wiele powiedzieć o AA. Jest to program, są to dobrowolne spotkania, gdzie uczę się jak żyć. Alkohol wypełnił każdą przestrzeń mego życia. Po jego odstawieniu musiałem nauczyć się wszystkiego na nowo. Jak sobie radzić w trudnych sytuacjach? Jak sobie radzić w najprostszych nawet momentach, gdy błahostka wyprowadza mnie z równowagi i automatycznie pojawia się chęć napicia się? To praca nad sobą. To dzielenie się doświadczeniem z innymi ludźmi takimi jak ja. Wyrzucanie z siebie na bieżąco frustracji i otrzymywanie w zamian wsparcia i wskazówek.

 

K.P.: Jak mógłbyś zachęcić osoby z podobnymi problemami do uczęszczania na spotkania AA?

Hahahaha… tradycja 10 kroków mówi, że nasze oddziaływanie na zewnątrz polega na przyciąganiu, a nie reklamowaniu. Ja mogę swoją osobą pokazywać, że jest sposób. Jednak do AA się nie przychodzi tak po prostu. Ja do AA przyszedłem na kolanach, można powiedzieć, że przyczołgałem się. Każdy ma swoje dno. I dopiero, gdy je osiągnie, znajdzie drogę. Nawet, jeśli to żony czy matki przysyłają, czy też sąd, jak było w moim przypadku. Musi to być jednak decyzja samego zainteresowanego.

 

K.P. Powiedz, co teraz myślisz o sobie, jak siebie postrzegasz?

W końcu znów mam szacunek do samego siebie. Zacząłem o siebie dbać. Wciąż ponoszę konsekwencje tamtego życia. Po pierwszym roku trzeźwienia byłem tak szczęśliwy, że postanowiłem się oświadczyć. Jednak, gdy minęła euforia, zacząłem zauważać inne rzeczy. Okazało się, że tak naprawdę nie za bardzo się zgadzamy. Zaczęły pojawiać się konflikty. Nawet ostre. Ale powiem Wam jedno. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, od kiedy nie piję, by udało się jej tak wyprowadzić mnie z równowagi bym ją uderzył. Najczęściej wychodziłem wtedy po prostu z domu i szedłem na meeting. Jednak postanowiłem od niej odejść. Ale po roku wróciłem. Niestety są to konsekwencje tego, że nasz związek nie był zbudowany na niczym trwałym. Wciąż nie mam pewności. Wciąż się gubimy. Ale nie szukam
winnych. Staram się, bo jestem za to odpowiedzialny. Uczę się kompromisów. A jest mi niezmiernie trudno, bo strasznie urosło moje ego. Nad tym też muszę pracować, ale każdy nawet najgorszy dzień dziś jest lepszy od najbardziej udanego wtedy. I wiem, że nie ma tak beznadziejnej sytuacji, której nie mógłbym zepsuć jeszcze bardziej po pijaku. Najcudowniejsze, co teraz mam, to brak strachu. Nie boję się, że coś wyjdzie na jaw, nie boję się podnieść słuchawki od telefonu. Chodzę z podniesioną głową. Ponoszę konsekwencje, ale jestem świadom tego, co robię. I nikt już nie patrzy na mnie z litością ani pogardą. Nikt w rozmowie, gdy nie ma racji, nie może mnie skasować krótkim: „przecież ty jesteś pijany”. Mogę znów mieć nadzieję na lepszą przyszłość  DZISIAJ właśnie staram się zapracować na lepsze JUTRO.
 

 

K.P. Czego życzysz sobie na przyszłość?

Moja codzienna modlitwa brzmi: „Boże, użycz mi pogody ducha. Bym godził sie z tym, czego zmienić nie mogę. Odwagi, bym zmieniał to, co zmienić mogę i mądrości bym odróżniał jedno od drugiego.”

 Dla mnie najważniejsze to nie napić się przez następne 24 godziny. Nie tygodnie, miesiące, czy lata, bo chyba bym zwariował, gdybym pomyślał, że tak długo mam nie pić. Ale codziennie modlę się o 24 godziny trzeźwości. Wiem, że tyle dam radę wytrzymać. I tego można mi życzyć. Kolejnych 24 godzin trzeźwości.

 

W imieniu portalu kocham za bardzo dziękuję za tę historię życzę Ci oczywiście wszystkiego dobrego na drodze w kolejnych dniach trzeźwości.

Rozmowę przeprowadziła Kamila Pasternak, psycholog-konsultant

 

 

 

Dodano: 6 kwietnia 2012
— Z Radkiem alkoholikiem rozmawia Kamila Pasternak
blog comments powered by Disqus