Ja bez woli… On jak żywioł

Katarzyna Kosior
fot. sxc.hu

W średniowieczu, w krajach arabskich, zakochaniem określało się stan niepoczytalności umysłowej, za sprawą której ludzie nie mogli spać, jeść i trudno im było  skoncentrować się na sprawach życia codziennego. Jedynym ratunkiem dla osoby ,,chorej na zakochanie” było… małżeństwo.

Zakochałam się w magii słów, w tym, w jaki sposób mnie dotykał i co mówił, kiedy mnie dotykał. Pociągnął mnie za sobą jak wiatr pociąga nasiona dmuchawca.
Ja – bez woli… On jak żywioł.
[Janusz Leon Wiśniewski,  „„Martyna i inne opowiadania o miłości”]

Zakochanie z czysto fizjologicznego punktu widzenia wiąże się z podwyższeniem poziomu wydzielanych hormonów, w tym między innymi dopaminy zwanej hormonem szczęścia. Według uczonych przyspieszone bicie serca, pojawiające się również w sytuacji stresu, związane jest z działaniem adrenaliny. Feromony, hormony płciowe oraz endorfiny są tak samo uzależniające dla organizmu jak chociażby morfina, nic więc dziwnego, że nierzadko mówi się o zakochaniu jako o swego rodzaju narkotyku. Są i tacy, którzy otwarcie twierdzą, iż stan zakochania jest tożsamy z chorobą (miłość jako choroba została zarejestrowana na liście Światowej Organizacji Zdrowia jako pozycja F63.9!).

W większości przypadków poziom hormonów wzrastający w stanie zakochania zaczyna spadać po okresie od około 3 do 8 lat. Ten ,,radosny chaos” jak zwykło się ładnie określać to, co wówczas się z nami dzieje, sprawia, że stajemy się bezsilni wobec obiektu naszej fascynacji. Jednocześnie tak bardzo pragniemy być z ukochaną osobą, że nierzadko wiele jesteśmy w stanie zrobić, by zaspokoić swoje pragnienia – paradoksalnie z bezsilności czerpiemy siłę – bezradni wobec uczucia zamieniamy się w żywioł, któremu nic nie stanie na przeszkodzie, którego nikt i nic nie jest w stanie zatrzymać na drodze do tej wyjątkowej dla nas istoty – sprawcy i obiektu naszego ,,opętania’’.

Ogień i woda. Trudno powiedzieć, które z nich silniejsze jest od drugiego. Jedno jest pewne – oba te żywioły potrafią zostawić dom w ruinie. Niezmiennie zakochanie burzy spokój zmysłów i  mąci myśli. Ale czy potrafimy wyobrazić sobie coś piękniejszego i wyrzec się tej ,,katastrofy”?

 Każdy zakochany dzięki miłości ma wrażenie, że poprzez ukochaną osobę posiada cały świat. Został mu przekazany klucz do królestwa. Nie zadaje sobie więcej pytań. Nie ma sensu szukać dalej. Całe piękno wszechświata zostało przed nim odsłonięte.
[Jean d’Ormesson, „Traktat o szczęściu”]

 Dlaczego zakochaliśmy się właśnie w tym mężczyźnie czy kobiecie? Co ich różni od setek, a nawet tysięcy innych osób, które codziennie mijamy na ulicy? Istnieje teoria, która głosi, że podświadomie poszukujemy i wybieramy osoby, które posiadają cechy jakich my sami nie mamy. Taki mężczyzna wydaje się być szczególnie interesujący, bo daje nadzieje na to, że dostaniemy to, czego same nie potrafimy sobie dać. Przyciąganie się przeciwieństw nie jest zatem niczym innym jak próbą ,,dopełnienia’’ siebie samego poprzez drugą osobę
– jesteśmy zatem dwoma połówkami tej samej pomarańczy. Psychologowie uważają jednak, że by zbudować trwałą i zdrową relację, dobrze jest postrzegać siebie jako jednostkę kompletną, a jeśli nie potrafi się tego zrobić, należy zrobić coś, by te deficyty w swoim obrazie wypełnić. Jeśli będziemy próbowali wykorzystać do tego celu drugą osobę, prędzej czy później doznamy porażki. Wraz z odejściem partnera stracimy kawałek siebie, który zapewne nigdy do nas nie należał i znowu poczujemy się niekompletni, i być może znowu zaczniemy szukać nowego ,,dopełniacza”, zamiast rozpocząć budowanie relacji z drugim człowiekiem od położenia fundamentów pod relację z samym sobą. Pewna kobieta zapytana o to, do czego potrzebny jest jej w życiu mężczyzna, odpowiada: ,,Dokładnie po nic. Ja idę swoją drogą, a on jeśli ma ochotę może do mnie dołączyć – będzie mi wówczas bardzo miło. Nie jest jednak tak, że bez niego u boku nie zrobię ani kroku – to przecież moja droga”.

Jest tam tak cicho, że słyszymy piosenkę zaśpiewaną wczoraj:
„Ty pójdziesz górą, a ja doliną…″ Chociaż słyszymy – nie wierzymy.

Nasz uśmiech nie jest maską smutku, a dobroć nie jest wyrzeczeniem.
I nawet więcej, niż są warci, niekochających żałujemy.

Tacyśmy zadziwieni sobą, że cóż nas bardziej zdziwić może?
Ani tęcza w nocy. Ani motyl na śniegu.

A kiedy zasypiamy, We śnie widzimy rozstanie.
Ale to dobry sen, ale to dobry sen, bo się budzimy z niego.
[Wisława Szymborska Zakochani]

 

 

Dodano: 4 kwietnia 2015
— Katarzyna Kosior
blog comments powered by Disqus